„Lepiej, abyś nie umiała pisać, niż abyś nie umiała lub nie lubiła cerować.”

W piątek, 1 sierpnia 1834 roku, przyszła na świat córka Wacława i Magdaleny (Niny) Łuszczewskich, Jadwiga. Na narodziny siostry czekała pięcioletnia Kazimiera. Dziewczynki dorastały w domu przy Nowym Świecie pod okiem matki, która uczyła je prac domowych, powtarzając często córce „Lepiej, abyś nie umiała pisać, niż abyś nie umiała lub nie lubiła cerować”. Ojciec urzędnik woził je do Obserwatorium, aby obejrzały drogę mleczną i księżyc, do Wilanowa, aby pospacerowały po królewskich komnatach. Siostry, wychowywane pod kloszem, nie mogły przyjaźnić się z rówieśnikami.

W każdy poniedziałek do Łuszczewskich przychodzili ci, którzy chcieli swobodnie porozmawiać o sztuce, kulturze i nauce. To był jeden z najsłynniejszych salonów literackich, bardzo chętnie odwiedzany, zwłaszcza że w całej Warszawie panowała ponura atmosfera po powstaniu listopadowym.

Gdy Jadwiga miała dziewięć lat, rodzina przeprowadziła się do Pałacu Saskiego. Pisała: „Po długich poszukiwaniach rodzice moi osiedli w pałacu Saskim, który nęcił swoją świeżością, bo właśnie wtedy Skwarców był go z gruntu odnowił.”

Było to małe ładne mieszkanie od strony placu Saskiego, na parterze. Rodzinie zależało na lokalu z widokiem na Ogród Saski, ale niestety wszystkie były zajęte. Wspominała: „Wielu naszych przyjaciół siedziało w areszcie Pod Orłem na Saskim placu, naprzeciw naszych okien; moi rodzice posyłali im śniadania i obiady, a ja im nosiłam wiersze i bukiety, chyłkiem podawane przez kratę”.

Po czterech latach Łuszczewscy wprowadzili się do upragnionego mieszkania z oknami na Ogród. Trudno było tam dotrzeć, bo trzeba było minąć dwa źle wybrukowane dziedzińce, ale wnętrza wynagradzały im ten trud: „Połowa okien wychodziła na ogród, a przez całą długość salonu ciągnął się ganek, zwieszony wśród bzów i słowików nad kwiecistym ogródkiem Lessla”.

I zapewne pięknie pachniały majowe bzy, i śpiewały słowiki, gdy osiemnastoletnia improwizatorka wystąpiła po raz pierwszy jako Deotyma. Kurier Warszawski przyznał jej genialność, a inne gazety poparły tę opinię z całym przekonaniem i wiarą w geniusz Deotymy.

A jak wyglądała celebrytka ówczesnych salonów Warszawy?

deotyma_2_ost

Podobno była skromnej urody, niska, rudowłosa, o szczupłej figurze. Ubierała się zbyt oryginalne, co odejmowało jej uroku. O sobie mówiła, że jest zazwyczaj zadumana i małomówna. Rzadko trzymała się rówieśniczek, wolała towarzystwo mężczyzn mających opinię uczonych. Imponowała ludziom swym dystyngowanym gestem i ostrym spojrzeniem. Była aktywną patriotką, po pogrzebie Pięciu Poległych zbierała fundusze na wystawienie im pomnika oraz na wsparcie ich rodzin i pomoc rannym.

W listopadzie 1863 roku ojca Deotymy zesłano w głąb Rosji. Pojechała z nim. Gdy wrócili do Warszawy nie zamieszkali już w Pałacu Saskim, ale całkiem niedaleko, na drugim krańcu Ogrodu Saskiego przy ul. Granicznej.

Deotyma kontynuowała tradycję salonu literackiego. Było u niej niczym u króla na dworze, ona była królową, która nosiła wachlarz w kształcie berła. Poeta Adam Edward Odyniec pełnił rolę księdza spowiednika, który nosił w surducie małe ucho. Był też odtwórca roli kata z toporkiem, szambelanowie, strażnicy.

„Przychodziło się najwcześniej o wpół do dwunastej wieczorem, we fraku. W pierwszym salonie witała gości Deotyma w białej kaszmirowej szacie, otoczona kołem pań >piszących<. Po królewsku podawała dłoń do ucałowania i zadawała parę pytań, póki nadszedł następny gość. Lokaj Kazimierz podawał filiżankę herbaty i pierniczek. Potem przechodziło się do salonu tureckiego i tu marszałek dworu Adam Pług (potem A. Żwan) podsuwał bombę lodów, które Deotyma krajała i podawała. Delegacja panów zbliżała się do wieszczki z prośbą o odczytanie którejś tam pieśni „Sobieskiego pod Wiedniem”. Wieszczka certowała się nieco i ulegała wkrótce. Z sąsiedniego pokoju wnosiła szkatułkę, otwierała ją złotym kluczykiem, zawieszonym na wstążeczce u szyi. Zasiadłszy przy srebrnym świeczniku i złotej róży, (…) bezbarwnym głosem czytała, a goście przysypiali. Kiedyś tu drzemał tak i namiestnik Berg, zainteresowany rozgłosem salonu.”

Miała wiele pseudonimów, których używała w zależności od okazji: Deotima, Bo…na, Bogobojna, królowa ideału, poetessa, władczyni absolutu, wieszczka. Literacka młodzież raczej z niej kpiła. Jedni ją ubóstwiali, jak m.in. Aleksander Kraushar, a drudzy, jak Artur Oppman i Norwid, uważali za sztuczną i nudną. Krążyło o niej mnóstwo wierszyków, przeważnie złośliwych:

„We fraku – i w klaku Pójdziemy do Deotymy – na rymy”, „Wlazł kotek na plotek i mruga, dosyć lodów, Deotymy i Pługa” czy „Deotyma się nadyma, zamiast kiecki ma strój grecki.”

Jej krewnym był Sienkiewicz, który podobno nie darzył jej sympatią. Deotyma pogniewała się kiedyś na niego, ponieważ uroiła sobie, że powieść „Na polu chwały” Sienkiewicz pisze tylko po to, żeby zaćmić jej „Sobieskiego Pod Wiedniem” pisanego około pięćdziesięciu lat strofami dziesięciowierszowymi. Deotyma stworzyła kilka powieści, najpopularniejszą z nich jest „Panienka z okienka”, która doczekała się ekranizacji, opery i przetłumaczenia na język włoski.

Bibliografia:

Janina Siwkowska, Kochanek Justyny w Warszawie, Książka i Wiedza, Warszawa 1977

Jadwiga Łuszczewska, Pamiętnik Deotymy (Jadwigi Łuszczewskiej), skł. gł. E. Wende, Warszawa 1910

Stanisław Herbst, Ulica marszałkowska, Książka i Wiedza, 1978 Warszawa

Marek Ruszczyc, Niepospolite kobiety : legenda i historia, Świat Książki, Warszawa 1998

Małgorzata Baranowska, Miesiące, lata, wieki, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2004

Marta Szczeblewska-Korkus